Blog > Komentarze do wpisu
Would you like to go for a drive?

Przez jednych porównywany do “Złodzieja” (Thief) Michaela Manna, przez innych do filmów Tarantino (Pulp Fiction, Deathproof). Nicolas Winding Refn, mało znany reżyser duńskiego pochodzenia, stworzył film o którym sporo się mówiło, a o którym wciąż będzie głośno (i to dosłownie) za sprawą genialnej moim zdaniem ścieżki dźwiękowej, o której głos jak zaraza będzie wciąż się rozprzestrzeniał kanałami youtube. A mowa rzecz jasna o filmie „Drive”.

Akcję filmu zawiązuje kilkuminutowa sekwencja niezbyt brawurowego napadu, kiedy to poznajemy głównego bohatera pełniącego rolę kierowcy (Ryan Gosling). Dostajesz jego 5 minut. Nic więcej. Poczeka, zabierze, odstawi w wyznaczone miejsce i rozpłynie się w powietrzu. Od tego momentu radzisz sobie sam. Nie masz co liczyć że chwyci za gnata jeżeli zrobi się gorąco. Takie ma zasady. Ot, profesjonalista.

Nie wiemy w zasadzie wiele o bohaterze, oprócz tego że „prowadzi”. W ciągu dnia jest hollywoodzkim kierowcą z aspiracjami i mechanikiem w niewielkim warsztacie samochodowym. Cały ten interes kręci Shannon, który miał niegdyś powiązania z mafią. Nasz główny bohater stara się prowadzić normalne życie, trzyma się z dala od ciemnych interesów, widać że próbuje zerwać z przeszłością i nie przyciąga niczyjej uwagi.
Nasz „chłopak” poznaje Irene (Carey Mulligan). Spotykają się w windzie i widać że od razu buduje się między nimi jakieś napięcie. Ten czarujący uśmiech, to charakterystyczne spojrzenie. Mają się ku sobie. Jednak jak się później dowiadujemy, jej mąż odsiaduje karę w więzieniu. „Standard” (mąż Irene) wkrótce wychodzi z ciupy i ściąga na siebie kłopoty. Przeszłość nie pozwala zapomnieć i trzeba spłacić dług. W to wszystko wplątuje się nasz bohater, i przede wszystkim chce pomóc Irene i jej synkowi, Benicio, między którymi zdążyła się wytworzyć jakaś wieź, a którym zaczyna grozić niebezpieczeństwo ze strony oprychów.

Nasz kierowca kolejny raz usiądzie za sterami pojazdu i weźmie udział w napadzie na lombard. To pociągnie za sobą lawinę zdarzeń, bo jak można się domyślać, nie wszystko pójdzie tak jak powinno. Będzie musiał nie tylko złamać swoje zasady, ale ujawnić swoją dawną naturę. Bo pod zawadiackim uśmieszkiem i wykałaczką w ustach, kryje się zimny brutal, który nie cofnie się przed niczym, by ratować tych na których zależy mu najbardziej…

Ciężko uznać tę produkcję za genialną. Film jednak zebrał sporo pochwał i nagród na różnych festiwalach i konkursach (m.in. Złota Palma dla reżysera w Cannes), więc na pewno zasługuje na uwagę i wyróżnienie. Z jednej strony, mamy tu do czynienia z dość sennie przedstawioną stylistyką Los Angeles, a w zasadzie to co widzimy nie jest specjalnie ciekawe, a pościgi samochodowe na pewno nie przywołują na myśl najlepszych scen z filmów akcji. Ba, ciężko ten film nawet zaklasyfikować do klasyki kina gangsterskiego, czy sensacyjnego. Stylistyka i dobór ścieżki dźwiękowej przywołuje na myśl lata osiemdziesiąte, i niczym nie przypomina współczesnych filmów akcji, nasyconych wysokim tempem, oraz efektownymi sekwencjami pościgów i strzelanin. Tego tutaj jest bardzo mało. Ale właśnie to stanowi o znakomitym klimacie jaki ten obraz tworzy, który momentami przywodzi na myśl filmy Tarantino, a od którego nie można się oderwać ani na sekundę. Muzykę do filmu skomponował Cliff Martinez, która znakomicie oddaje nastrój filmu. Z ciekawostek warto tylko wspomnieć, że w czołówce filmu która wyciekła do sieci, pojawia się Angelo Badalamenti , czym się trochę podekscytowałem, ale ja bym chyba dał się nabrać, bo momentami byłem zahipnotyzowany tak jakbym oglądał „Mulholland Drive” Davida Lyncha.

Film jak można dość łatwo zauważyć, koncentruje swoją uwagę na głównym bohaterze. W pewnym sensie, jest samotnym wojownikiem szosy, przywołującym takie obrazy jak Mad Max, który staje do walki dopiero w momencie kiedy pojawia się zagrożenie. Kiedy pojawia się kobieta, zaczyna naginać lub wręcz łamać swoje zasady, jak Leon Luca Bessona, staje w obronie słabszych i jest gotów poświęcić swoje życie. By w końcu jak „Czarna Mamba” z filmu Tarantino, zaczyna zabijać tych mafijnych bonzów (Ron Perlman śmieszy trochę w tym filmie). Tylko że „Driver” robi to bo musi, wie że trzeba to zakończyć, bo całe życie będzie się oglądał przez ramię…

Samego Refna (reżysera filmu) jakoby fascynuje psychologiczna strona i motywy postępowania danej osoby, dlatego jego filmy mają właśnie taki lekko psychodeliczny smak, gdzie jak już wyżej wspomniałem, ma miejsce swoiste one-man-show (Valhalla Rising, Bronson). Nie od razu to zauważamy, ale odnosi się wrażenie że koniec może mieć tylko jedno zakończenie. Główna postać filmu jest jakby wyrwana z powieści Byrona – jest swoistym bohaterem romantycznym…


***
sobota, 14 stycznia 2012, entity82

Polecane wpisy

  • Ostatni łyk kawy nim pochłonie mnie smak melancholii...

    Melancholia, stan swoistego przygnębienia i smutku, kiedyś utożsamiana z depresją. Zwykle unikam tego, pisania o sprawach oczywistych, o tym co powszechne, medi

  • milestone!

    W sumie tak sobie patrzę i liczę i trochę nawet myślę (chociaż w tym momencie mam już trochę mózg od myślenia i kombinowania przegrzany)...w ogóle to nie wiem c

  • Tyryryry :)

    Mogłoby się wydawać, że grudzień ubiegłego roku przespałem...to znaczy że albo niewiele się działo albo szalał jakiś tajfun :). Końcówka roku to był chyba najin

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
igriana.uther
2012/01/14 10:39:08
Naprawdę ciekawie piszesz o filmach. Dobrze się to czyta :-).
-
2012/01/14 14:00:50
a tak mnie coś ostatnio wzięło :). od dłuższego czasu się przymierzałem, ale w sumie z jednej strony w necie tego pełno, z drugiej, no...raczej unikam publicystyki :). ale jak się podoba to może częściej coś wrzucę ;p, tylko że ja lubię trochę poopowiadać i pokusić się o interpretację, więc mogę za dużo zdradzać fabuły :).