poniedziałek, 10 grudnia 2012
between here and then...

neodymy powoli zagęszczały się od obezwładniającego bitu
myśli coraz cięższe zaczęły wypełniać przestrzeń kory
nie wiedział, czego chce, nie wiedział co czuje, nie wie gdzie jest...
coś w głowie tupało, domagało się uwolnienia, emocjonalny zgon...zanikł.

zewnętrzny spokój i samoopanowanie, powstrzymywało go jak zawsze,
milczenie w słowach, zamieć śnieżna do odgarnięcia, umysłowe kalectwo
coś wtargnęło z najgłębszym i niepojętym impetem, weszło i się zadomowiło
jak czarny kot, wbijający ostre pazury, te same rany tylko inny kształt.

to się działo naprawdę, nie wymyślił tego, obraz rzeczywistości spływał posadzką
bez rozlewu krwi coś przejęło kontrolę, wyzwolone żądze jak psy spuszczone z łańcucha
zanik pamięci? amnezja? może kastracja...wszystko w zasięgu ręki jak zagłada albo łaska
odeszła, w końcu, odczuł ulgę, myślał wciąż o niej, nie z taką częstotliwością...ulga.

środa, 25 stycznia 2012
toksyn spiętrzenie

Neurotoksyny piętrzyły się w głowie z pragnienia,
tęczówki haratały jej skórę w konwulsjach,
impuls elektrostatyczny wydostający się z kory
dotykał jej ud gdy uciekała wzrokiem w daleki punkt.

Nogi osuwały się daleko w niepamięć zapomnienia,
dłonie opierały się o brzegi jakiejś powieści,
wpatrywał się w litery formujące jakieś znaczenia,
nie podnosił głowy w obawie przed grawitacją jej ust.

Próbowali tak nie zwracać na siebie uwagi,
przez dłuższą chwilę świat jednostajnie wirował,
myśli hamowały się od przewracania kartek podświadomości,
aż tramwaj nie znalazł się na zakręcie niewypowiedzianej fascynacji...

***
piątek, 20 stycznia 2012
Korozja

Ostatnio zdecydowanie za dużo uwagi skupiam na rozmyślaniu o różnych sprawach. Zmierza to wszystko w jakimś kierunku, lecz nie potrafię określić dokąd. Kompas który zwykle wskazuje północ, uległ jakiejś wewnętrznej awarii. Wiruje błędnie bez opamiętania jakby do niego przyłożyć magnes. Nie wiem jeszcze czy wszystko traci sens czy dopiero sensu nabiera. Od dawna nie miałem tak, że nie wyznaczałem sobie jakiegoś konkretnego celu. Rzecz jasna to nie znaczy że nie mam pomysłów, marzeń...zawsze czegoś tam człowiek pragnie. Tlą się we mnie pewne zamiary, acz nie mają one jeszcze konkretnego kształtu. Jedyne czego wyczekuję, to by nadszedł kolejny dzień. To chyba źle, że czuję ulgę że już nadszedł a zarazem jakieś takie uczucie...jest takie angielskie słowo "burden". To właśnie czuję kiedy ten dzień nadchodzi. Zwłaszcza kiedy trzeba się zwlec z łóżka do pracy :).

A może dobijam trzydziestki i zaczyna mi walić :D? A może wymyślam :). Wiem tylko jedno, nadchodzi jakiś przełom...cisza przed burzą. I to mnie przeraża. Coś mi od dawna chodzi po głowie...ale nie wiem jak się do tego zabrać. Chciałbym o czymś napisać, o dekadzie która przeminęła, jakoś tak nagle...ale nie wiem jaki będzie tego rozmach. Zastanawiam się, po co miałbym rozpamiętywać coś co stanowi już tylko przeszłość, komu to potrzebne?

To czego człowiek doświadcza, i tak zostanie pominięte. Nikt się nie zatrzyma i nie zastanowi. Przejdziemy do porządku dziennego jak smród po tym jak ktoś puści bąka. Trochę się człowiek pokrzywki, ale nic czego by nie zdzierżył. To co wielu napisze, nie ma praktycznie większego znaczenia, wszystko rozpłynie się jak rozpraszają się promienie słońca w tafli wody. Nawet najpiękniejsze zjawiska zachwycają tylko na moment. Ale jest coś co trwa wiecznie...czas. Bo nawet pamięć tonie w korozji, w końcu człowiek zapada w amnezję.

Czasami tego pragnę. Amnezji. Zacząć od nowa. Clean sheet. Tabula rasa. Amen.

***

PS. Czasami mam ochotę wykrzyczeć na głos parafrazę pewnego wiersza Tuwima ;).

sobota, 14 stycznia 2012
Love Story

obudził go strumień wyjątkowo skoncentrowanych myśli
odpalił czajnik, woda zabulgotała, myśli zawrzały
podniósł klapę i ekran wyrwał się z uśpenia
poczuł na twarzy osłupiający świst otrzeźwienia.

za oknem było biało, zima się spóźniła,
mróz od dawna rozprzestrzeniał się w organiźmie
przysadka mózgowa powoli wyrywała się z odrętwienia
pociągał ciepłe mate, gorzki smak równoważył uczucie rozgoryczenia.

ciągle te same sceny, wywoływane echem z pamięci
rozprzestrzeniające się jak komputerowy wirus
te same błędy...od których nie ma ucieczki...
nastał w końcu moment kiedy opowieść trzeba zakończyć.


***
Would you like to go for a drive?

Przez jednych porównywany do “Złodzieja” (Thief) Michaela Manna, przez innych do filmów Tarantino (Pulp Fiction, Deathproof). Nicolas Winding Refn, mało znany reżyser duńskiego pochodzenia, stworzył film o którym sporo się mówiło, a o którym wciąż będzie głośno (i to dosłownie) za sprawą genialnej moim zdaniem ścieżki dźwiękowej, o której głos jak zaraza będzie wciąż się rozprzestrzeniał kanałami youtube. A mowa rzecz jasna o filmie „Drive”.

Akcję filmu zawiązuje kilkuminutowa sekwencja niezbyt brawurowego napadu, kiedy to poznajemy głównego bohatera pełniącego rolę kierowcy (Ryan Gosling). Dostajesz jego 5 minut. Nic więcej. Poczeka, zabierze, odstawi w wyznaczone miejsce i rozpłynie się w powietrzu. Od tego momentu radzisz sobie sam. Nie masz co liczyć że chwyci za gnata jeżeli zrobi się gorąco. Takie ma zasady. Ot, profesjonalista.

Nie wiemy w zasadzie wiele o bohaterze, oprócz tego że „prowadzi”. W ciągu dnia jest hollywoodzkim kierowcą z aspiracjami i mechanikiem w niewielkim warsztacie samochodowym. Cały ten interes kręci Shannon, który miał niegdyś powiązania z mafią. Nasz główny bohater stara się prowadzić normalne życie, trzyma się z dala od ciemnych interesów, widać że próbuje zerwać z przeszłością i nie przyciąga niczyjej uwagi.
Nasz „chłopak” poznaje Irene (Carey Mulligan). Spotykają się w windzie i widać że od razu buduje się między nimi jakieś napięcie. Ten czarujący uśmiech, to charakterystyczne spojrzenie. Mają się ku sobie. Jednak jak się później dowiadujemy, jej mąż odsiaduje karę w więzieniu. „Standard” (mąż Irene) wkrótce wychodzi z ciupy i ściąga na siebie kłopoty. Przeszłość nie pozwala zapomnieć i trzeba spłacić dług. W to wszystko wplątuje się nasz bohater, i przede wszystkim chce pomóc Irene i jej synkowi, Benicio, między którymi zdążyła się wytworzyć jakaś wieź, a którym zaczyna grozić niebezpieczeństwo ze strony oprychów.

Nasz kierowca kolejny raz usiądzie za sterami pojazdu i weźmie udział w napadzie na lombard. To pociągnie za sobą lawinę zdarzeń, bo jak można się domyślać, nie wszystko pójdzie tak jak powinno. Będzie musiał nie tylko złamać swoje zasady, ale ujawnić swoją dawną naturę. Bo pod zawadiackim uśmieszkiem i wykałaczką w ustach, kryje się zimny brutal, który nie cofnie się przed niczym, by ratować tych na których zależy mu najbardziej…

Ciężko uznać tę produkcję za genialną. Film jednak zebrał sporo pochwał i nagród na różnych festiwalach i konkursach (m.in. Złota Palma dla reżysera w Cannes), więc na pewno zasługuje na uwagę i wyróżnienie. Z jednej strony, mamy tu do czynienia z dość sennie przedstawioną stylistyką Los Angeles, a w zasadzie to co widzimy nie jest specjalnie ciekawe, a pościgi samochodowe na pewno nie przywołują na myśl najlepszych scen z filmów akcji. Ba, ciężko ten film nawet zaklasyfikować do klasyki kina gangsterskiego, czy sensacyjnego. Stylistyka i dobór ścieżki dźwiękowej przywołuje na myśl lata osiemdziesiąte, i niczym nie przypomina współczesnych filmów akcji, nasyconych wysokim tempem, oraz efektownymi sekwencjami pościgów i strzelanin. Tego tutaj jest bardzo mało. Ale właśnie to stanowi o znakomitym klimacie jaki ten obraz tworzy, który momentami przywodzi na myśl filmy Tarantino, a od którego nie można się oderwać ani na sekundę. Muzykę do filmu skomponował Cliff Martinez, która znakomicie oddaje nastrój filmu. Z ciekawostek warto tylko wspomnieć, że w czołówce filmu która wyciekła do sieci, pojawia się Angelo Badalamenti , czym się trochę podekscytowałem, ale ja bym chyba dał się nabrać, bo momentami byłem zahipnotyzowany tak jakbym oglądał „Mulholland Drive” Davida Lyncha.

Film jak można dość łatwo zauważyć, koncentruje swoją uwagę na głównym bohaterze. W pewnym sensie, jest samotnym wojownikiem szosy, przywołującym takie obrazy jak Mad Max, który staje do walki dopiero w momencie kiedy pojawia się zagrożenie. Kiedy pojawia się kobieta, zaczyna naginać lub wręcz łamać swoje zasady, jak Leon Luca Bessona, staje w obronie słabszych i jest gotów poświęcić swoje życie. By w końcu jak „Czarna Mamba” z filmu Tarantino, zaczyna zabijać tych mafijnych bonzów (Ron Perlman śmieszy trochę w tym filmie). Tylko że „Driver” robi to bo musi, wie że trzeba to zakończyć, bo całe życie będzie się oglądał przez ramię…

Samego Refna (reżysera filmu) jakoby fascynuje psychologiczna strona i motywy postępowania danej osoby, dlatego jego filmy mają właśnie taki lekko psychodeliczny smak, gdzie jak już wyżej wspomniałem, ma miejsce swoiste one-man-show (Valhalla Rising, Bronson). Nie od razu to zauważamy, ale odnosi się wrażenie że koniec może mieć tylko jedno zakończenie. Główna postać filmu jest jakby wyrwana z powieści Byrona – jest swoistym bohaterem romantycznym…


***
02:25, entity82 , Log
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42