piątek, 14 lipca 2006
C'est la vie!

Cóż...14 Lipca opuszczam granicę tego kraju. Lecę. Spadam. Ewakuuje się -- jakby można określić mój wyjazd do Anglii. Nie ma w tym żadnej ideologii, żadnej głębszej filozofii, nie jade po kase (nie jest to moim bezpośrednim celem), nie szukam siebie (w Londynie siebie pewnie i tak bym nie odnalazł).

Będąc tam będę mógł liczyć wyłącznie na siebie (wszelkie próby "ustawienia" czegoś spaliły na panewce). Innymi słowy wychodzi na to, że jadę w ciemno :). W kieszeni pareset funtów, plecak żarcia, troche fajek i alkoholu, no i dobytek całego życia chyba...a że nie gromadziłem przedmiotów, nie ma tego za wiele (wziąłbym dysk twardy od komputera ale boje się że się uszkodzi :)), zgram sobie wszystko na płytki co ważne.

Nie planuję niczego...pewnie siedząc w samolocie, będę się dopiero zastanawiał co poczne kiedy wyląduje na lotnisku Gatwick. Oczywiście przeprowadziłem wywiad, rekonesans, wypytałem mnóstwo osób, szukałem rad, przeczesałem witryny, blogi, fora...ale to i tak nic...wszystko zależy od człowieka, na nic nie ma reguły. Po to jade. Żeby się przekonać na własne oczy :).

Co zostawiam w kraju? Dosłownie nic...od dłuższego czasu nic mnie tu nie trzyma...studia? Przestały mi dawać jakąkolwiek satysfakcje. Mimo, że został mi rok, jakoś przestało mi zależeć...poza tym, nie ma miejsca poza domem, w którym bym się dobrze czuł, ale człowiek nie może się zaszczuć w domu, ale też, ileż można wytrzymać z rodziną? A samotność...niby człowiek otoczony przez ludzi, rodzinę...ale samotność jakby go otacza bardziej, więc sobie jade...zapełnić czymś pustkę, poszerzać horyzonty, obalać mity i stereotypy, powalczyć troche, przeżyć coś puki mogę, puki jestem wolny, bez zobowiązań...

W tym momencie mógłbym zakończyć pisanie tego posta, pozostawiając pare niedopowiedzeń, ale na tym blogu już tyle niedopowiedzeń pozostawiłem...a może to mój ostatni post? Nie będę się z nikim żegnał, bo nie ma z kim. A choćby nawet, to gdy najdzie mnie jakaś ochota żeby coś napisać, to będzie mi głupio bo przecież się już "pożegnałem" :).

No dobra...ciągniemy dalej...powiem jedno, nie mam zamiaru tu opisywać moich doświadczeń podczas rozłąki z umm...Narodem (Naród jako miejsce, nie społeczność). Po prostu nie mam zamiaru przeradzać tego bloga w jakąś chałturę dziennikarską, ani tym bardziej w reportaż uczestniczący, który za moment przerodziłby się w prywatną scenę martyrologiczną.

Podsumowując...jadę i koniec kropka :). Jak dobrze pójdzie to Anglia to będzie tylko początek czegoś większego...albo wyjazd okaże się totalną klęską :). Swoją drogą...czy ja będę miał do czego wracać?