sobota, 07 stycznia 2012
colorless sky

colorless sky
stir the water
with nothingness...

***
środa, 04 stycznia 2012
Ostatni łyk kawy nim pochłonie mnie smak melancholii...

Melancholia, stan swoistego przygnębienia i smutku, kiedyś utożsamiana z depresją. Zwykle unikam tego, pisania o sprawach oczywistych, o tym co powszechne, medialne, a jak już to robię to w stylu istnej przekory. Ale Lars von Trier jednak i mnie sprowokował do zabrania głosu w tej sprawie. Może dlatego, że poczułem bliską więź?

Otóż, postanowiłem w końcu obejrzeć jego najnowszy film. Wkurzają mnie media i pseudo-dziennikarze, zniechęcają do oglądania telewizji i czytania prasy. Generują tą całą informacyjną papkę w zastraszającym tempie, w nieposkromionej ilości. Tak też było w tym przypadku. Fakt, von Trier narobił trochę zamieszania i wzbudził sobą więcej kontrowersji niż sam film, ale jemu o to chodziło. Zrobił to specjalnie. To była część pokazu. Media podchwycą wszystko. Tak, lubię zająć się tematem, gdy już wszyscy inni zdążą o sprawie zapomnieć.

*** Od tego momentu, czytasz na własną odpowiedzialność, spoileruję aż miło ;) ***

A tak, film...pierwsze pytanie jakie się nasuwa, to o czym w ogóle ten film jest? No jakże, o końcu świata! Aczkolwiek, zawiedli się ci którzy spodziewali się ujrzeć fajerwerki rodem z takich filmów jak "Pojutrze" czy nieco nowszy "2012". Niektórym ten film pewnie wydał się nudny, niemrawy, dialogi sztuczne, a cała sceneria choć atrakcyjna wizualnie, nieco kiczowata. No i Kirsten Dunst...kino katastroficzne bez hollywodzkiej gwiazdy? Nie udało by się! Jak trafnie zauważyli niektórzy, pewnie nawet znawcy ludzkiej psychiki oraz astro-fizyki mieli by polew z tego filmu. Komentarze które przetoczyły się przez liczne fora nie pozostawiają złudzeń. Film się udał :).

Niektóre filmy, są jak poezja...taka jest właśnie "Melancholia". Czasami mówi wprost i otwarcie stawia sprawę, prostolinijny wykład, moralitet. Czasami proste i oczywiste prawdy, ukryte są pod postacią zawiłej zagadki. Generalnie, jak coś jest proste i nieskomplikowane to niewarte jest zachodu. Dlatego artysta rzadko o rzeczach prostych, mówi prostym językiem. Chodzi o wzbudzenie emocji oraz by dotarcie do trapiącej odpowiedzi niosło jakąś ulgę, dawało satysfakcję. Zostało rozpoznane i docenione. Z drugiej strony, nie można przesadzać, poprzez nagromadzenie zbyt dużej ilości różnych środków wyrazu, można tylko zniechęcić albo niepotrzebnie odwrócić uwagę, zbić z tropu. Tak też uczynił Aronofsky w obrazie "Źródło". Moim zdaniem przesadzono z efektami i środkami stylistycznymi.

"Melancholia", jest właśnie stonowana, spokojna, powoli rozkręcająca się. Nic nie zwiastuje nadejścia schyłku cywilizacji jaką znamy (tylko muzyka stara się nam wmówić że stanie się coś smutnego, ja bym z tym poczekał :)). Początek filmu jest jedną wielką groteską. Począwszy od sceny z limuzyną, przez nastawienie matki i ojca Panny Młodej, symbolizujące zakłamanie całego obrzędu - zgorzknienie; skończywszy na samym zachowaniu Justine. Widać gołym okiem, że robi co może by zachować pozory. Ale właśnie, wszystko co robi to są tylko pozory, sztuczny uśmiech maluje się na jej twarzy a całość tworzy jedną wielką farsę, która prowadzi do całkowitego rozpadu. Coś unosi się w powietrzu. I ten nastrój niepewności się udziela.

Co byś zrobił/a gdybyś nagle dowiedział/a się że świat chyli się ku końcowi? Wyrwany z codzienności rytuałów...stanąć przed faktem dokonanym. Takie pytanie stawia też reżyser. Na początku, głos rozsądku i pragmatyzmu postaci Johna (K. Sutherland) próbuje nas uspokoić; nie ma się czego bać; planeta - wędrowiec nas tylko ominie. Zachwyca się przy tym pięknem zjawiska...przygotowuje się do podziwiania, kiedy tajemnicza planeta przemknie nad horyzontem ocierając się tylko o ziemską atmosferę. Jednakże, naukowe kalkulacje okazują się mylne. Planeta nie wyrwała się z objęć ziemskiej grawitacji i celuje akurat w pole golfowe w obrębie którego między innymi toczy się cała akcja.

Von Trier, jakby dokładnie zdawał sobie sprawę, że upraszczając wiele mechanizmów i starając się odwzorować jakiekolwiek prawa przyrody i tak niczego nie zmieni, i tak pojawią się słowa krytyki wytykające różne błędy. Więc twórca tegoż obrazu jakby wychodzi na przeciw tym wszystkim malkontentom, którzy gdyby przyszło co do czego, nie potrafili nakręcić reklamy pasty do zębów za pomocą telefonu komórkowego. Więc kwestie praw fizyki i astronomii są całkowicie pominięte, ponieważ planeta i całe katastroficzne tło to tylko przykrywka, metafora.

Co ciekawe, LvT zrezygnował także z całej wewnątrz-obrazowej otoczki medialnej i naukowej, które często towarzyszą różnym ekranizacjom tego typu zjawisk. Nie uświadczy się komunikatów w telewizji, ani wywiadów z tzw. autorytetami. Nie będzie pompatycznych przemówień prezydentów narodów, ani masowych obrzędów religijnych, nikt nie będzie wznosił modlitw. Nie ma paniki, nie ma krzyków. Koniec jest niespodziewany i rychły. To jest jasny sygnał, że tu chodzi o rozliczenie swego wewnętrznego "ja". Koncentracja ma miejsce na uczuciach, przeżyciach jednostki. Justine w pewnym momencie mówi szczerze co myśli o swoim pracodawcy, ma dość robienia umizgów i dobrej miny. W końcu i mąż traci cierpliwość i ją opuszcza. Po przeciwnej stronie jest Claire, która reaguje dużo bardziej emocjonalnie, trudno jest jej się pogodzić z tą wizją. A jej mąż popełnia samobójstwo, kiedy odkrywa zmianę trajektorii i zwrotu "melancholii" (taka pojawia się w filmie nazwa planety).

Film można odebrać dosłownie, czyli studium zachowań w obliczu zagrożenia całego życia na ziemi i swojego rodzaju symulację końca świata. Na tym tle mamy Justine która wyraźnie zmaga się z depresją. Stany euforii na przemian przeplatane ze stanem głębokiego smutku, niemocy, apatii życiowej. Depresji która wywraca całe życie do góry nogami, wobec której tak jak wobec końca świata stajemy się bezsilni. Przychodzi falami, wędruje między-stanami jak tytułowa planeta. Wyniszczająca. Ileż można się opierać i być silnym?

22:11, entity82 , Log
Link Komentarze (2) »
sobota, 31 grudnia 2011
end of the world

It would be insane, if they were meant for each other - as he thought. There are things beyond the understanding, resist is the only reasonable way to deal with it. Why wouldn't you resist? Why would you resist? There is no answer...there is no logical explanation for anything that had happened there. What is going to happen? What is happening? It's like...the room filled with gas and void. It's waiting for the spark. To blow up. The sleeping dragon. The gasoline. Intense. Something unbelievable. Who would believe? Some things...magical things...best things, are happening while nobody is watching. There is no insight. Nobody could understand...no single person. The two of them? Maybe...if somebody do cared. One cared and that wasn't her.

It would probably be better, if the sleeping dragon didn't wake up. But it's not something the reason can get a grasp of. But the heart is crippled. Like a broken glass stucked in a wound. Eternity past...so long...fountain of life. Tainted blood spilled all over the floor. Uncapable. Maybe it's wrong?

He's been thinking about the conclusion. There's none. There is no result! This is just perfect story. So many possibilities. Well, it all will end in the soil eventually. Until they meet again, in another life...

...perhaps, not.

End of the world.

***
czwartek, 22 grudnia 2011
arte lust

spoglądam w was ciągle, srogim spojrzeniem
nie kłaniacie się przechodząc, nie uśmiechacie
popękane
brudem zarzygane, czemu kłamiecie?
zawsze najpiękniejsze, zawsze jaskrawe
refluks w żołądku
zawsze zapominacie
już jestem zmęczony
waszym odbiciem.

***
wtorek, 06 grudnia 2011
mhm...

Mniam, uwielbiam się na noc delektować kawą :)

***
23:37, entity82
Link Komentarze (6) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42