piątek, 20 stycznia 2012
Korozja

Ostatnio zdecydowanie za dużo uwagi skupiam na rozmyślaniu o różnych sprawach. Zmierza to wszystko w jakimś kierunku, lecz nie potrafię określić dokąd. Kompas który zwykle wskazuje północ, uległ jakiejś wewnętrznej awarii. Wiruje błędnie bez opamiętania jakby do niego przyłożyć magnes. Nie wiem jeszcze czy wszystko traci sens czy dopiero sensu nabiera. Od dawna nie miałem tak, że nie wyznaczałem sobie jakiegoś konkretnego celu. Rzecz jasna to nie znaczy że nie mam pomysłów, marzeń...zawsze czegoś tam człowiek pragnie. Tlą się we mnie pewne zamiary, acz nie mają one jeszcze konkretnego kształtu. Jedyne czego wyczekuję, to by nadszedł kolejny dzień. To chyba źle, że czuję ulgę że już nadszedł a zarazem jakieś takie uczucie...jest takie angielskie słowo "burden". To właśnie czuję kiedy ten dzień nadchodzi. Zwłaszcza kiedy trzeba się zwlec z łóżka do pracy :).

A może dobijam trzydziestki i zaczyna mi walić :D? A może wymyślam :). Wiem tylko jedno, nadchodzi jakiś przełom...cisza przed burzą. I to mnie przeraża. Coś mi od dawna chodzi po głowie...ale nie wiem jak się do tego zabrać. Chciałbym o czymś napisać, o dekadzie która przeminęła, jakoś tak nagle...ale nie wiem jaki będzie tego rozmach. Zastanawiam się, po co miałbym rozpamiętywać coś co stanowi już tylko przeszłość, komu to potrzebne?

To czego człowiek doświadcza, i tak zostanie pominięte. Nikt się nie zatrzyma i nie zastanowi. Przejdziemy do porządku dziennego jak smród po tym jak ktoś puści bąka. Trochę się człowiek pokrzywki, ale nic czego by nie zdzierżył. To co wielu napisze, nie ma praktycznie większego znaczenia, wszystko rozpłynie się jak rozpraszają się promienie słońca w tafli wody. Nawet najpiękniejsze zjawiska zachwycają tylko na moment. Ale jest coś co trwa wiecznie...czas. Bo nawet pamięć tonie w korozji, w końcu człowiek zapada w amnezję.

Czasami tego pragnę. Amnezji. Zacząć od nowa. Clean sheet. Tabula rasa. Amen.

***

PS. Czasami mam ochotę wykrzyczeć na głos parafrazę pewnego wiersza Tuwima ;).

piątek, 12 listopada 2010
Into the wild...

A może by tak właśnie pierdzielnąć tym całym śmietnikiem? Zrobić jakiś zwrot, zawrócić z drogi. Próbuję zwolnić a tylko przyspieszam. Nic mnie nie cieszy, a posiadanie przygnębia. Bo "im więcej masz, tym mniej jesteś". Szczęście to jedyna rzecz która się mnoży kiedy je dzielisz. A czy można np. posiąść spokój?

- Możliwe Spoilery - A propos filmu "Into the wild" (polski tytuł "Wszystko za życie"), który miałem okazję jakoś niedawno oglądać. W filmie, pewien absolwent ogólniaka, Chris McCandless, postanowił zerwać ze swoim dotychczasowym życiem i spotkać się ze swym przeznaczeniem. To tu, to tam...ostateczny cel: dzika i odludna puszcza Alaski. Dawno temu miałem podobne plany, ale ostatecznie postanowiłem sobie "układać życie" jak należy, jak przystało na przykładnego obywatela, dokładającego się do PKB...i uczestniczący w tej całej codziennej machinie. Boże jak ja nie cierpię tej całej biurokracji życia!

Więc, Chris pod pseudonimem "Alexander Supertramp" wędrował po Ameryce, bywało ciężko, ale ogólnie ludzie których spotykał byli bardzo życzliwi, wręcz nieziemsko momentami. Niestety na końcu zginął. Nie wiem jak w książce czy jego pamiętnikach, ale w filmie jest to zobrazowane w taki sposób, że po prostu umiera z głodu i skrajnego wycieńczenia (ale jak do tego wszystkiego dochodzi to już polecam obejrzeć). I tak potem sobie myślałem, że i tak miał farta, że go nikt nie zadźgał czy nie zaszlachtował. Co w polskich realiach, gdybym tak buszował po naszych rodzimych laskach, wcale nie byłoby takie mało prawdopodobne. Bez ironii.

Stary znajomy np. jeździł z kolegami po wschodzie przez blisko pół roku, wrócił cały i zdrów. Matka natura nie jest tak łaskawa dla każdego. Ale czy nie warto zrobić czegoś co będzie w 100% zgodne z własnymi przekonaniami? Czy nie warto umrzeć za te przekonania? Ale umrzeć szczęśliwie...? Że przez moment, było się panem własnego losu i sumienie nie zostało zniszczone przez materializm, konsumpcjonizm czy jakieś różne inne żądze...?

Każdy ma prawo się pomylić, każdy ma prawo zmienić zdanie...chciałbym mieć odwagę, żeby zmienić własne.

***
sobota, 18 września 2010
Ogłoszenie Matrymonialne

Szukam żony!

Ha! No właśnie...już prawie 28 lat na karku, przydałoby się wreszcie ustatkować :D. Ale gdzie tu znaleźć jakąś naiwną? W pracy to nikogo ciekawego (zwłaszcza w mojej branży straszna posucha jeśli chodzi o kobiety :D), na ulicy...to najwyżej można dostać plaskacza albo pomyślą że jakiś zboczeniec. Biblioteka? Tramwaj? Może jakiś klub muzyczny? Zależy jaki target :D, ale ogólnie komunikacja i zrozumienie wzajemnych intencji jest mocno utrudnione.

Z drugiej strony, życie singla wcale nie takie złe...zwłaszcza jak się jest facetem, zegar biologiczny za bardzo nie tyka :). Zawsze mogę znaleźć sobie młodszą, kobiety ogólnie aż takiego komfortu to nie mają, nieprawdaż? Trzeba było wybrzydzać?:P

W ogóle można się też zastanawiać nad sensem związku...do czego mi potrzebne małżeństwo? Czy miłości potrzebne są kajdany? A już nie mówiąc o całkowitym kwestionowaniu życia w jakiejś wspólnocie...jestem niezależny, jestem panem swojego losu, panem sytuacji, nikt mi nie marudzi pod nosem, nikt nie narzeka, sam decyduję o wszystkim...nikt mi nie truje!

Owszem jest sporo plusów życia w pojedynkę. Ale czy takie życie nie jest po prostu puste? Żyć wyłącznie dla siebie i zaspakajać wyłącznie własne potrzeby. To chyba kwestia indywidualna i kłania się piramidka Maslova. Mam czasami takie okresy w swoim życiu, że jakoś czuję się bardzo samotny, i wręcz na siłę próbuję kogoś sobie znaleźć, a czasami wręcz, jak już się trochę sparzę, totalnie mi się odechciewa. Nie potrafię zliczyć liczby podjętych prób. A z wiekiem jest coraz gorzej, bo człowiek z jednej strony, robi się coraz bardziej sentymentalny, a z drugiej coraz bardziej cyniczny i zniechęcony. Osobiście czuję się trochę zmęczony poznawaniem kobiet. Poświęcaniem uwagi, zagłębianiem się w kobiecy umysł (uch, kto by się połapał:)), i w ogóle ciągle jakieś komplikacje! No i odwieczne pytanie: czego kobiety w zasadzie chcą?

Już nawet nie chodzi o to, czy kobieta mnie zrani, odrzuci czy oszuka...ale chciałoby się, żeby sytuacja była w miarę oczywista, czysta, pozbawiona cienia wątpliwości, po co te wszystkie gierki, zabawy w ciuciubabkę czy kotka i myszkę. Za stary jestem na to. Kiedyś owszem, jako że mam dość introwertyczną i wrażliwą naturę, raczej wznosiłem mur ochronny w obawie przed jakąś krzywdą (podcięte skrzydła, złamane serce i inne shity), ale niestety, co nie zabije to wzmocni. Z jednej strony człowiek się uodparnia coraz bardziej, a z drugiej strony, z czasem obojętnieje; kiedy "serce" jest bierne, zdolność do kochania powoli gaśnie, zanika...może jest jeszcze jakaś nadzieja? Jakaś iskra Boża która tchnie życie w te nasze skostniałe serca?

Strach...jednych popycha do działania, drugich powstrzymuje...ale strach za każdym razem przyjmuje inne oblicze. Jedno wiem, no risk no fun :).

PS. Coś nastrojowego na koniec...

***
Trochę genezy...

No dobra...pojadłem już (a w między czasie uciąłem sobie dłuuugą drzemkę :) i powiesiłem pranie), w sumie już prawie wieczór, rano to człowiek tryska jeszcze energią, no przyznam że zapał do pisania trochę mi oklapł :). Ale kawka (mhm) i zaraz rozbudzi się we mnie grafoman.

W sumie to zastanawiam się skąd ludzie mają czas żeby tak codziennie klepać te wpisy, zwłaszcza że niektóre to nie jest 5 minut dumania tylko wymagają jakiegoś zastanowienia, może przygotowania...ja tak w zasadzie coś napiszę jak mnie natchnie, bo na co dzień umysł mam raczej zagoniony i zapełniony różnymi innymi sprawami (zapracowany), że pisanie bloga to już absolutnie ostatnia rzecz jaka mi przychodzi do głowy. Poza tym, nie mogę sobie powiedzieć, o że dziś napiszę wiersz o tym czy o tamtym, bo to...sprawy wewnętrzne. Jak panuje harmonia, to nie czuję potrzeby jakoś. Ktoś kiedyś powiedział, że poezja musi wyrażać, odzwierciedlać umęczoną duszę poety :). Gdyby tak się chwilę zastanowić, to coś w tym jest...no bo jak ktoś pisze o ptaszkach, motylkach i pszczółkach to co za przekaz to niesie? Ludzie potrzebuję dawki emocji, choćby to były brudne emocje.

Mam wrażenie że blogowanie wyewoluowało a ja sobie tkwię w jakimś średniowieczu, ale dobrze mi tak jak jest.

PS. To nie koniec na dziś...

Nietypowo

Nietypowo jak na mnie, postanowiłem uraczyć Was - moich wiernych czytelników (z naciskiem na czytelniczki, demony i inne niezidentyfikowane obiekty wynurzające się z odmętów sieci) - skłonnościami do grafomanii.

Mówiąc krótko, obudziłem się dziś z zamiarem podzielenia się ze światem wszystkim co mi przyjdzie dzisiaj do głowy! Możecie się zacząć bać :)(lepiej dla was jak mi do głowy nic nie przyjdzie). A wynika to głównie z tego, iż w zasadzie niewiele o sobie tu piszę, w zasadzie niewiele wiadomo skąd ja jestem, kim ja jestem, co ja jestem? Bo jak na niszowego bloggera przystało, nie piszę dziennika który by ilustrował każde najmniejsze tchnienie z mojego beznadziejnego życia (czy tam cudownego życia...ale kto by się chciał tam dzielić :D); nie dziele się osobistymi przeżyciami, nie piorę brudów, nie prowadzę porad kulinarnych, ani porad sercowych. Wypchajcie się! Z takimi to nie do mnie :p. Czasami wprawdzie weźmie mnie na refleksje czy gdyby komuś się chciało "przekartkować" to jakieś pikantne szczegóły z mego życia znajdzie (zwłaszcza w początkowej fazie), ale nic konkretnego. Cóż...cenię sobie prywatność (łuuuu...przecież i tak anonimowy jestem). A może nieśmiały jestem?
Niemniej, duży komfort czuję gdy skryję to co chcę wyrazić pod metaforą słów (niech się męczą!).

Mam ochotę popisać, ale głodny jestem...damn it. Muszę iść zrobić zakupy...ale potem zaś muszę zrobić pranie i posprzątać...kiedy ja znajdę czas na pisanie?

Dobre, jeszcze tu wrócę!

PS. macie, i posłuchajcie sobie...próbuję się zmusić żeby podnieść dupsko z fotela

***
 
1 , 2 , 3