sobota, 14 stycznia 2012
Would you like to go for a drive?

Przez jednych porównywany do “Złodzieja” (Thief) Michaela Manna, przez innych do filmów Tarantino (Pulp Fiction, Deathproof). Nicolas Winding Refn, mało znany reżyser duńskiego pochodzenia, stworzył film o którym sporo się mówiło, a o którym wciąż będzie głośno (i to dosłownie) za sprawą genialnej moim zdaniem ścieżki dźwiękowej, o której głos jak zaraza będzie wciąż się rozprzestrzeniał kanałami youtube. A mowa rzecz jasna o filmie „Drive”.

Akcję filmu zawiązuje kilkuminutowa sekwencja niezbyt brawurowego napadu, kiedy to poznajemy głównego bohatera pełniącego rolę kierowcy (Ryan Gosling). Dostajesz jego 5 minut. Nic więcej. Poczeka, zabierze, odstawi w wyznaczone miejsce i rozpłynie się w powietrzu. Od tego momentu radzisz sobie sam. Nie masz co liczyć że chwyci za gnata jeżeli zrobi się gorąco. Takie ma zasady. Ot, profesjonalista.

Nie wiemy w zasadzie wiele o bohaterze, oprócz tego że „prowadzi”. W ciągu dnia jest hollywoodzkim kierowcą z aspiracjami i mechanikiem w niewielkim warsztacie samochodowym. Cały ten interes kręci Shannon, który miał niegdyś powiązania z mafią. Nasz główny bohater stara się prowadzić normalne życie, trzyma się z dala od ciemnych interesów, widać że próbuje zerwać z przeszłością i nie przyciąga niczyjej uwagi.
Nasz „chłopak” poznaje Irene (Carey Mulligan). Spotykają się w windzie i widać że od razu buduje się między nimi jakieś napięcie. Ten czarujący uśmiech, to charakterystyczne spojrzenie. Mają się ku sobie. Jednak jak się później dowiadujemy, jej mąż odsiaduje karę w więzieniu. „Standard” (mąż Irene) wkrótce wychodzi z ciupy i ściąga na siebie kłopoty. Przeszłość nie pozwala zapomnieć i trzeba spłacić dług. W to wszystko wplątuje się nasz bohater, i przede wszystkim chce pomóc Irene i jej synkowi, Benicio, między którymi zdążyła się wytworzyć jakaś wieź, a którym zaczyna grozić niebezpieczeństwo ze strony oprychów.

Nasz kierowca kolejny raz usiądzie za sterami pojazdu i weźmie udział w napadzie na lombard. To pociągnie za sobą lawinę zdarzeń, bo jak można się domyślać, nie wszystko pójdzie tak jak powinno. Będzie musiał nie tylko złamać swoje zasady, ale ujawnić swoją dawną naturę. Bo pod zawadiackim uśmieszkiem i wykałaczką w ustach, kryje się zimny brutal, który nie cofnie się przed niczym, by ratować tych na których zależy mu najbardziej…

Ciężko uznać tę produkcję za genialną. Film jednak zebrał sporo pochwał i nagród na różnych festiwalach i konkursach (m.in. Złota Palma dla reżysera w Cannes), więc na pewno zasługuje na uwagę i wyróżnienie. Z jednej strony, mamy tu do czynienia z dość sennie przedstawioną stylistyką Los Angeles, a w zasadzie to co widzimy nie jest specjalnie ciekawe, a pościgi samochodowe na pewno nie przywołują na myśl najlepszych scen z filmów akcji. Ba, ciężko ten film nawet zaklasyfikować do klasyki kina gangsterskiego, czy sensacyjnego. Stylistyka i dobór ścieżki dźwiękowej przywołuje na myśl lata osiemdziesiąte, i niczym nie przypomina współczesnych filmów akcji, nasyconych wysokim tempem, oraz efektownymi sekwencjami pościgów i strzelanin. Tego tutaj jest bardzo mało. Ale właśnie to stanowi o znakomitym klimacie jaki ten obraz tworzy, który momentami przywodzi na myśl filmy Tarantino, a od którego nie można się oderwać ani na sekundę. Muzykę do filmu skomponował Cliff Martinez, która znakomicie oddaje nastrój filmu. Z ciekawostek warto tylko wspomnieć, że w czołówce filmu która wyciekła do sieci, pojawia się Angelo Badalamenti , czym się trochę podekscytowałem, ale ja bym chyba dał się nabrać, bo momentami byłem zahipnotyzowany tak jakbym oglądał „Mulholland Drive” Davida Lyncha.

Film jak można dość łatwo zauważyć, koncentruje swoją uwagę na głównym bohaterze. W pewnym sensie, jest samotnym wojownikiem szosy, przywołującym takie obrazy jak Mad Max, który staje do walki dopiero w momencie kiedy pojawia się zagrożenie. Kiedy pojawia się kobieta, zaczyna naginać lub wręcz łamać swoje zasady, jak Leon Luca Bessona, staje w obronie słabszych i jest gotów poświęcić swoje życie. By w końcu jak „Czarna Mamba” z filmu Tarantino, zaczyna zabijać tych mafijnych bonzów (Ron Perlman śmieszy trochę w tym filmie). Tylko że „Driver” robi to bo musi, wie że trzeba to zakończyć, bo całe życie będzie się oglądał przez ramię…

Samego Refna (reżysera filmu) jakoby fascynuje psychologiczna strona i motywy postępowania danej osoby, dlatego jego filmy mają właśnie taki lekko psychodeliczny smak, gdzie jak już wyżej wspomniałem, ma miejsce swoiste one-man-show (Valhalla Rising, Bronson). Nie od razu to zauważamy, ale odnosi się wrażenie że koniec może mieć tylko jedno zakończenie. Główna postać filmu jest jakby wyrwana z powieści Byrona – jest swoistym bohaterem romantycznym…


***
02:25, entity82 , Log
Link Komentarze (2) »
środa, 04 stycznia 2012
Ostatni łyk kawy nim pochłonie mnie smak melancholii...

Melancholia, stan swoistego przygnębienia i smutku, kiedyś utożsamiana z depresją. Zwykle unikam tego, pisania o sprawach oczywistych, o tym co powszechne, medialne, a jak już to robię to w stylu istnej przekory. Ale Lars von Trier jednak i mnie sprowokował do zabrania głosu w tej sprawie. Może dlatego, że poczułem bliską więź?

Otóż, postanowiłem w końcu obejrzeć jego najnowszy film. Wkurzają mnie media i pseudo-dziennikarze, zniechęcają do oglądania telewizji i czytania prasy. Generują tą całą informacyjną papkę w zastraszającym tempie, w nieposkromionej ilości. Tak też było w tym przypadku. Fakt, von Trier narobił trochę zamieszania i wzbudził sobą więcej kontrowersji niż sam film, ale jemu o to chodziło. Zrobił to specjalnie. To była część pokazu. Media podchwycą wszystko. Tak, lubię zająć się tematem, gdy już wszyscy inni zdążą o sprawie zapomnieć.

*** Od tego momentu, czytasz na własną odpowiedzialność, spoileruję aż miło ;) ***

A tak, film...pierwsze pytanie jakie się nasuwa, to o czym w ogóle ten film jest? No jakże, o końcu świata! Aczkolwiek, zawiedli się ci którzy spodziewali się ujrzeć fajerwerki rodem z takich filmów jak "Pojutrze" czy nieco nowszy "2012". Niektórym ten film pewnie wydał się nudny, niemrawy, dialogi sztuczne, a cała sceneria choć atrakcyjna wizualnie, nieco kiczowata. No i Kirsten Dunst...kino katastroficzne bez hollywodzkiej gwiazdy? Nie udało by się! Jak trafnie zauważyli niektórzy, pewnie nawet znawcy ludzkiej psychiki oraz astro-fizyki mieli by polew z tego filmu. Komentarze które przetoczyły się przez liczne fora nie pozostawiają złudzeń. Film się udał :).

Niektóre filmy, są jak poezja...taka jest właśnie "Melancholia". Czasami mówi wprost i otwarcie stawia sprawę, prostolinijny wykład, moralitet. Czasami proste i oczywiste prawdy, ukryte są pod postacią zawiłej zagadki. Generalnie, jak coś jest proste i nieskomplikowane to niewarte jest zachodu. Dlatego artysta rzadko o rzeczach prostych, mówi prostym językiem. Chodzi o wzbudzenie emocji oraz by dotarcie do trapiącej odpowiedzi niosło jakąś ulgę, dawało satysfakcję. Zostało rozpoznane i docenione. Z drugiej strony, nie można przesadzać, poprzez nagromadzenie zbyt dużej ilości różnych środków wyrazu, można tylko zniechęcić albo niepotrzebnie odwrócić uwagę, zbić z tropu. Tak też uczynił Aronofsky w obrazie "Źródło". Moim zdaniem przesadzono z efektami i środkami stylistycznymi.

"Melancholia", jest właśnie stonowana, spokojna, powoli rozkręcająca się. Nic nie zwiastuje nadejścia schyłku cywilizacji jaką znamy (tylko muzyka stara się nam wmówić że stanie się coś smutnego, ja bym z tym poczekał :)). Początek filmu jest jedną wielką groteską. Począwszy od sceny z limuzyną, przez nastawienie matki i ojca Panny Młodej, symbolizujące zakłamanie całego obrzędu - zgorzknienie; skończywszy na samym zachowaniu Justine. Widać gołym okiem, że robi co może by zachować pozory. Ale właśnie, wszystko co robi to są tylko pozory, sztuczny uśmiech maluje się na jej twarzy a całość tworzy jedną wielką farsę, która prowadzi do całkowitego rozpadu. Coś unosi się w powietrzu. I ten nastrój niepewności się udziela.

Co byś zrobił/a gdybyś nagle dowiedział/a się że świat chyli się ku końcowi? Wyrwany z codzienności rytuałów...stanąć przed faktem dokonanym. Takie pytanie stawia też reżyser. Na początku, głos rozsądku i pragmatyzmu postaci Johna (K. Sutherland) próbuje nas uspokoić; nie ma się czego bać; planeta - wędrowiec nas tylko ominie. Zachwyca się przy tym pięknem zjawiska...przygotowuje się do podziwiania, kiedy tajemnicza planeta przemknie nad horyzontem ocierając się tylko o ziemską atmosferę. Jednakże, naukowe kalkulacje okazują się mylne. Planeta nie wyrwała się z objęć ziemskiej grawitacji i celuje akurat w pole golfowe w obrębie którego między innymi toczy się cała akcja.

Von Trier, jakby dokładnie zdawał sobie sprawę, że upraszczając wiele mechanizmów i starając się odwzorować jakiekolwiek prawa przyrody i tak niczego nie zmieni, i tak pojawią się słowa krytyki wytykające różne błędy. Więc twórca tegoż obrazu jakby wychodzi na przeciw tym wszystkim malkontentom, którzy gdyby przyszło co do czego, nie potrafili nakręcić reklamy pasty do zębów za pomocą telefonu komórkowego. Więc kwestie praw fizyki i astronomii są całkowicie pominięte, ponieważ planeta i całe katastroficzne tło to tylko przykrywka, metafora.

Co ciekawe, LvT zrezygnował także z całej wewnątrz-obrazowej otoczki medialnej i naukowej, które często towarzyszą różnym ekranizacjom tego typu zjawisk. Nie uświadczy się komunikatów w telewizji, ani wywiadów z tzw. autorytetami. Nie będzie pompatycznych przemówień prezydentów narodów, ani masowych obrzędów religijnych, nikt nie będzie wznosił modlitw. Nie ma paniki, nie ma krzyków. Koniec jest niespodziewany i rychły. To jest jasny sygnał, że tu chodzi o rozliczenie swego wewnętrznego "ja". Koncentracja ma miejsce na uczuciach, przeżyciach jednostki. Justine w pewnym momencie mówi szczerze co myśli o swoim pracodawcy, ma dość robienia umizgów i dobrej miny. W końcu i mąż traci cierpliwość i ją opuszcza. Po przeciwnej stronie jest Claire, która reaguje dużo bardziej emocjonalnie, trudno jest jej się pogodzić z tą wizją. A jej mąż popełnia samobójstwo, kiedy odkrywa zmianę trajektorii i zwrotu "melancholii" (taka pojawia się w filmie nazwa planety).

Film można odebrać dosłownie, czyli studium zachowań w obliczu zagrożenia całego życia na ziemi i swojego rodzaju symulację końca świata. Na tym tle mamy Justine która wyraźnie zmaga się z depresją. Stany euforii na przemian przeplatane ze stanem głębokiego smutku, niemocy, apatii życiowej. Depresji która wywraca całe życie do góry nogami, wobec której tak jak wobec końca świata stajemy się bezsilni. Przychodzi falami, wędruje między-stanami jak tytułowa planeta. Wyniszczająca. Ileż można się opierać i być silnym?

22:11, entity82 , Log
Link Komentarze (2) »
środa, 19 stycznia 2011
milestone!

W sumie tak sobie patrzę i liczę i trochę nawet myślę (chociaż w tym momencie mam już trochę mózg od myślenia i kombinowania przegrzany)...w ogóle to nie wiem czy mi się chce pisać. Nie chce mi się. Mhm...ale dobra, jak już zacząłem to się zlituje nad wami i nie będę trzymał w niepewności i napięciu :p.

Otóż, jak większość z was pewnie nie zauważyła :D, minęło 5 latek odkąd ten blog zagościł na łamach Internetu! Yaaaaay...nie cieszycie się razem ze mną? Nie...? No ja też się niespecjalnie cieszę, ha ha.

Ale co tam, każdy powód to walnięcia notki jest dobry. Chociaż ja mam zawsze mało poważne powody. Np. mógłbym kurna napisać co myślę o raporcie MAAAAAK, albo rozpisywać się o tym jak podnoszą stopy procentowe. No przecież tyle się dzieje dookoła...nieprawdaż?

A może nadeszła pora żeby to całe blogowanie w cholerę posłać!? W końcu poważny ze mnie człowiek a ja tu jakimiś wierszykami jadę :). Ale z drugiej strony, gdyby to zebrać do kupy to by może mały tomik się zrobił. No nieważne...muszę się poważnie zastanowić nad dalszym kierunkiem rozwoju, wyznaczyć jakieś nowe cele i w ogóle :]. Strategia na następne 5 lat: jak przyjdzie wena to może coś wrzucę :).

19:48, entity82 , Log
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 stycznia 2011
Tyryryry :)

Mogłoby się wydawać, że grudzień ubiegłego roku przespałem...to znaczy że albo niewiele się działo albo szalał jakiś tajfun :). Końcówka roku to był chyba najintensywniejszy okres w tym starym 2010 roku...dlatego należało go godnie pożegnać ;D (if u know what I mean ;)).

Ech...2010 to był na pewno przełomowy rok, nie będę się rozpisywał, snuł wywodów, przemyśleń...ale decyzje które podjąłem będą miały swoje następstwa na dalszych etapach mojego, skromnego, minimalistycznego życia :). Zobaczymy co to będzie...optymista ze mnie :D.

Co do tego Nowego 2011 Roku, mam tylko chyba jedno postanowienie, albo wręcz życzenie...by było spokojniej. Ale ja ogólnie jestem spokojnym człowiekiem, więc wszelkie trzęsienia ziemi odczuwam ze wzmożoną siłą. Cóż więcej mogę rzec...kroczę dalej, mozolnie do celu, acz konsekwentnie :).

Aaa...zapomniałbym, pozostało życzyć jeszcze moim wiernym czytelnikom wszystkiego dobrego w tym nowym, nieparzystym 2011 roku :). Niech Was szczęście nie opuszcza.


Ps. dzięki Demon za rimajndera :*, dedykuję Ci ten wpis :p.

22:41, entity82 , Log
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 listopada 2010
Wiosna idzie

Hej, nie smucić się, wiosna idzie! Poniższe zdjęcie zrobiłem w zeszłą niedzielę jak nie wierzycie :).

***
23:31, entity82 , Log
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5